Obserwujemy obecnie modę na inwestowanie pasywne, polegające na kupnie najlepiej jednego ETF-u akcyjnego oraz regularnie dokupowanie go przez kolejne 30 lat. Trend ten można zaobserwować zarówno na anglojęzycznym jak i polskojęzycznym YouTubie, Reddicie, czy też na wykopie (pozdrawiam tag gielda). Moim zdaniem jest to podejście zbyt defensywne i o ile będzie ono dobre dla ogółu, to dla programistów (czyli w zamyśle czytelników tego bloga) i innych osób z analitycznym myśleniem, sugerowałbym większe zainteresowanie się rynkiem akcji.
Zanim zacznę, dodam tylko, że nic z tego wpisu nie jest poradą inwestycyjną.
Boom na inwestowanie pasywne
Zacznę od tego, że inwestowanie pasywne przybrało już formę, gdzie praktycznie każdy uważa, że jedynym słusznym akcyjnym składnikiem portfela jest ETF na tzw. All-World, czyli np. ETF od Vanguarda o tickerze VWRA (FTSE All-World UCITS). Jeśli wspomnisz komuś, że inwestujesz w ETF na S&P 500, to zostaniesz wyzwany „spekulantów”, bo przecież „nie dywersyfikujesz się!”, a już w ogóle strach by było poznać reakcję na inwestowanie w NASDAQ 100. Przecież lepiej mieć 4000 spółek z całego świata, a nie tylko 500 z USA. Prawda?
Otóż… i tak i nie… Przede wszystkim: treść najpopularniejszych finansowych kanałów na YT, jest zasadniczo kierowana do osób, które dopiero zaczynają dbać o swoje finanse osobiste. Weźcie dowolnego „finansowego guru”, który sugeruje kupowanie ETF-u na akcje z całego świata. Zadajcie sobie pytanie: „do kogo on mówi?”. Kto jest odbiorą tych treści? Typowy Kowalski, który jakkolwiek próbuje ogarnąć swoje finanse? Czy programista-matematyk, który potrafi spojrzeć w liczby, zna podstawy prowadzenia firmy (w końcu jesteśmy na tych B2B 😉 ) i rozumie czym się różni przychód od dochodu?
Od razu powiem, że w tę samą pułapkę wpadłem ja sam. Coś co miało być jedynie wprowadzeniem w świat finansów, stało się jednocześnie metą, gdzie założyłem, że moja edukacja finansowa powinna się na tym zakończyć. Bo przecież starczyło tylko dopłacać do portfela przez kolejne 30 lat, a statystyka zrobi swoje (czyli fakt, że zawsze historycznie wychodziło się na plus).
Nikt nie pokona SP500
Wszystkiemu było winne stwierdzenie, że nie da się pokonać SP500, bo nawet fundusze tego nie potrafią, co wynikało z raportu od SPIVA Scorecard. Skoro nawet wielkie głowy z Wall Street tego nie potrafią, to chyba ja też powinienem odpuścić. Takie podejście na parę lat zwolniło mnie z prób wgłębienia się w rynek akcji, a zamiast próbować odpowiedzieć na pytanie „czemu akcje rosną”, bardziej szukałem sposobów żeby jak najoptymalniej inwestować pasywnie i mieć ten 0.01% więcej 😅
Problem w tym, że teza o „niepokonanym SP500”, nie jest do końca prawdziwa. Nie podważam oczywiście danych z raportu SPIVA, ale zauważcie, że nawet na polskim YouTube są ludzie, którzy transparentnie pokazują wyniki swoich portfeli i bez problemów pokonują SP500, a nawet NASDAQ100 (który przecież radził sobie fenomenalnie przez ostatnie lata)! Mam tu na myśli osoby takie jak np. Paweł Malik czy kanał Zawód Inwestor. Skoro oni pobijają benchmark, to… czemu my nie możemy? Ba! Nawet Marcin Iwuć słynący ze swojego konserwatywnego podejścia do inwestowania, ma swój „portfel ofensywny”. A skoro „nie da się pobić indexu”, to przecież nawet by nie próbował, bo kto jak kto, ale jemu nie można na pewno zarzucić że nie kieruje się matematyką i prawdopodobieńswem.
Problem z inwestowaniem w „All-World”
Ludzie promujący inwestowanie w ETF na „All-World” mają tak na prawdę jeden, ale dość istotny argument: historycznie dobrze sobie radził. Badając nawet okresy 50-letnie, nie można było powiedzieć że wyszło się źle na tej inwestycji (artykuł od Inwestomat.eu). Jednocześnie taki index automatycznie dobiera zwycięzców, więc jeśli dzisiaj 65% funduszu stanowi USA, to nie znaczy, że przykładowo za 10 lat nie będą to Chiny albo inny dynamicznie rozwijający się kraj (chociaż co do Chin mam wiele wątpliwości, ale to temat na inny wpis). Taka mieszanka powoduje, że taki ETF teoretycznie nie może być złym wyborem.
Problem jest jednak taki, że jeszcze nigdy nie słyszałem w argumentach samych oczekiwań i prognoz wzrostu na kolejne lata. A przecież takie prognozy istnieją i bez większych problemów można znaleźć. Przykład poniżej dla ETF-u o tickerze ACWI (źródło: Tear Sheet od AltaVista Research):

Długoterminowe prognozy wskazują na 9.6% wzrost zysku netto wg pola „LTG EST” (Long Term Growth Estimates). Byłbym tu jednak ostrożniejszy, gdyż mówimy tu o dalekich szacunkach dla ETF-u mającego ponad 2000 akcji. Bardziej pewnie możemy jednak spojrzeć na estymaty na rok 2027, gdzie zauważymy, że oczekiwany wzrost przychodów spółek z ETF-u to 6.3% oraz wzrost zysku netto to 14.2%. Patrząc na takie prognozy, właśnie zdobyliśmy jakikolwiek punkt odniesienia. Od teraz nie musimy kupować ETF-u ślepo na podstawie „bo zawsze rosło w długim terminie”, tylko kupujemy oczekując wzrostu wyrażonego w konkretnych liczbach! Jako ciekawostka, prognozy na 2027 z ACWI są zbliżone do prognoz z ETF-u o tickerze SPY (S&P 500). Zatem wyjątkowo nie oczekiwałbym, że S&P 500 będzie rosnąć zdecydowanie bardziej niż All-World. Dla bardziej zainteresowanych tematem, zachęcam do poszukania prognoz wzrostów na NASDAQ 100 🙃
Nie jest to oczywiście tak, że kurs ETF-u będzie rósł idealnie proporcjonalnie do zysków netto czy przychodów. Nie jest to też tak, że prognozy idealnie się pokryją z rzeczywistością. To wciąż są jedynie estymacje, oparte o dostępne dzisiaj informacje.
Pojedyncze akcje
Prognozy analityków mają jeszcze większą siłę, gdy spojrzymy na pojedyncze akcje. W końcu znacznie łatwiej oszacować prognozy zysków dla jednej spółki, niż dla tysięcy spółek z indexu, gdzie dodatkowo każda będzie mieć inny charakter, a nawet mogą pochodzić z różnych krajów i kontynentów. Prognoza jest jeszcze łatwiejsza, gdy mowa o spółce, gdzie ryzyko konkurencji jest ograniczone, a kontrakty podpisane na parę lat do przodu. Poniżej NVIDIA z prognozami aż do 2031:

Z tych prognoz możemy wyczytać, że zysk netto wzrośnie w spółce dwukrotnie w 2027 i trzykrotnie w 2028 (w stosunku do 2026). Ponadto historyczne prognozy pokrywały się z rzeczywistymi odczytami (niebieski słupek). Zdecydowanie nie można odmówić analitykom skuteczności. W przypadku spółki Nvidia, zarówno dla 2027 i 2028, mamy aż 45 prognoz analityków, a to co widzimy na wykresie to jedynie wyciągnięta średnia (konsensus).
Oczywiście tutaj mowa o spółce z obecnie największą kapitalizacją na świecie, więc nic dziwnego, że ma aż tak dobre pokrycie analityków. Spółki mniej popularne będą naturalnie miały gorszej jakości dane. Zwłaszcza, jeśli mówimy o spółkach z GPW – chociaż uczciwie zaznaczę, że też można znaleźć takie, gdzie prognozy nie są totalnie wyjęte z kapelusza. Wraz ze wzrostem kapitalizacji spółek na GPW, idziemy w stronę, gdzie tych prognoz będzie coraz więcej i będą lepszej jakości.
Drugim typem prognoz na który lubię patrzeć jest „Price Target”:

Znowu na tapecie spółka Nvidia, gdzie najbardziej pesymistyczny analityk oczekuje wzrostu cen akcji spółki do $275, a najbardziej optymistyczny aż do $465. Średnia to $324.30. A to wszystko w przeciągu 12 miesięcy. Dzisiaj ceny akcji Nvidii to $222, więc zobaczymy jak się te prognozy zestarzeją 😄
Dzięki „Price Target” możemy obliczyć tzw. „Upside”, czyli o ile procent ceny muszą jeszcze urosnąć, by dotknąć ceny docelowej wg analityków. Z mojego doświadczenia, o ile analitycy amerykańscy są dość skuteczni w określaniu Price Targetu, to absolutnie nie sugerowałbym się tego typu prognozami na GPW. I nie trzeba tu nikogo winić, ponieważ znacznie prościej oszacować wzrosty przychodów i zysków danej spółki, niż cenę docelową akcji, na którą wpływa znacznie więcej czynników (zwłaszcza na giełdzie zdominowanej przez obcy kapitał).
Moje rozwiązanie
Gdy już zdałem sobie sprawę, że wzrosty spółek można mniej więcej oszacować, zacząłem drążyć temat dalej. Tak na prawdę, pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi. No bo, skoro starczy sugerować się analitykami, to czemu wciąż mało kto pobija te nieszczęsne S&P 500?! I to przecież mimo, że prognozy są częściej skuteczne niż nieskuteczne! I tak na prawdę większość tego rodzaju pytań, wciąż nie mam na tyle jasnej i konkretnej odpowiedzi, by móc już teraz się nią podzielić w tym wpisie. Zresztą to byłoby zbyt proste.
Zauważyłem jednak, że można wybierać akcje (lub ETF-y) bardziej świadomie. Patrzeć nie tylko w przeszłość, ale i w przyszłość (teraz brzmi to banalnie, ale jakie to było odkrycie dla mnie!). Zacząłem stosować strategię Core-Satellite, gdzie tylko parę % portfela to pojedyncze akcje, ale to właśnie na tej małej części mogę testować różne strategie. A to pozwala mi na dalsze poznawanie świata rynków finansowych, coś co przy samym jednym ETF-ie nie byłoby możliwe, bo… było to zbyt ignoranckie podejście. Fakt, łatwo powiedzieć „nie wiem co urośnie, więc kupuję wszystko” i dla wielu taki sposób zdecydowanie wystarczy. Ale mi nie wystarczał i w moim przypadku brakowało tego triggera, który wywoła myślenie „ej, to z tym inwestowaniem pasywnym, to miał być tylko wstęp do inwestowania! Przestań się obijać!”. Zwłaszcza że mi (jako osobie z analitycznym myśleniem), patrzenie na cyfry się zawsze podobało. I do podobnych rozmyśleń również Was zachęcam.
